piątek, 3 września 2010

Star Wars Episode IV: New Hope (recenzja)

Jestem świeżo po kolejnym oglądnięciu IV epizodu Gwiezdnych Wojen. Muszę przyznać, że się zawiodłem. Nie było Yody! A to właśnie jego postać w późniejszych częściach nadaje filmowi niesamowity charakter. Bez tego małego złośnika to już nie to samo. Jednak podejdźmy do tematu bardziej poważnie, bo wizja romantycznej przyszłości Georga Lucasa zasługuje na uwagę. Chyba każdy oglądał, przynajmniej jedną z sześciu części Star Wars. Zawsze imponowało mi, sposób w jaki cała historia jest poskładana. Kto jest czyim ojcem, kto synem. Jak by to wyglądało później, a jak wcześniej. Science Fiction zawsze oddziałuję na moją wyobraźnie. Tutaj prócz tego jest ciągła przygoda, a zewsząd łatwo zostać zaskoczonym - wszakże gatunek pozwala na bardzo dużo. Setki dziwnych stworzeń, różnorakie miasta czy technologia jaką trudno sobie wyobrazić.

Reżyseria: George Lucas
Scenariusz:
George Lucas
Data premiery(świat): 1977
Gatunek: Science Fiction
W rolach głównych:

Mark Hamill: Luke Skywalker
Harrison Ford: Han Solo

Chociaż już tyle zapisanych słów, to w tym wypadku nie ma co szczędzić. Jednak chętnie bym skrytykował i wyrzucił na powierzchnie wszystkie niedoskonałości. Gdyby Star Wars powstało w obecnych latach, byłoby zapewne filmem pokroju Piratów z Karaibów. Może trochę bardziej ambitnym, ale niczym więcej. To co posiadają Gwiezdne Wojny w odróżnieniu do tamtego drugiego, to namiastkę filozoficzną. Ścieżka dobra i zła. Jakaś tajemna siła przenikająca nas wszystkich, można by nawet odnieść się do Boga. Ta odrobina głębi sprawia, że jest to w jakimś stopniu film wartościowy. Jak bym miał porównywać fabułę do Władcy Pierścieni. Stwierdziłbym, że opowieść o krasnoludach jest trochę bardziej dojrzała. Walka wewnętrzna bohaterów jest o wiele lepiej rozbudowana. Pozwolę sobie zaznaczyć, nie jestem fanatykiem ani jednego ani drugiego. Staram się być obiektywny.
Mógłbym zarzucać nie prawidłowości, tylko czy jest jakiś sens? W końcu ten film ma już parędziesiąt lat. Walki kosmiczne są świetnie zrobione, bardzo dynamiczne. Natomiast starcie Obi Wana i Dartha Vadera to klasyka sama w sobie - stoją na przeciwko siebie i dotykają się mieczami jak najwolniej potrafią. Wierzę, że wówczas świecące miecze same w sobie robiły kolosalne wrażenie, więc i na dynamice się nikt za bardzo nie skupiał.

Miło się ogląda Gwiezdne Wojny. Trochę jak taką baśń, niby dla dzieci, niby dla dorosłych. W każdym bądź razie, człowiek się nie nudzi. Nie jest jednak to dla mnie jakimś artefaktem. Warto zaznaczyć, że ten film nie jest już tylko ciekawym obrazem oglądanym w kinie czy na dvd. To jest ogromny świat, żyjący własnym życiem. Obiekt kultu. Figurki, karty, gry komputerowe, planszowe, koszulki, plakaty. 4 miliardy dolarów z samego Box Office. (wszystkie części)

Spostrzeżenie: Według różnych źródeł, gwiazda śmierci miała 140 kilometrów średnicy. Za pewne z tego powodu, była w stanie wysyłać maksymalnie 5 statków bojowych x-wingów. Które najprawdopodobniej były wielkości do 5-10 metrów.

Star Wars Episode IV: New Hope zajmuję 2 miejsce w kategorii science fiction dla najlepszych amerykańskich filmów wszech czasów.

Plusy:
- unikalny świat gwiezdnych wojen
- hej przygodo

Minusy:
- pewne niedociągnięcia

Ocena: 7/10
- dobry
Czytaj dalej...

piątek, 27 sierpnia 2010

The Public Enemy - recenzja

Wróg Publiczny z 1931 roku jest filmem (...) dobrym. Podchodziłem do niego z dystansem, z początku myślałem. No tak, klasyka z wczesnych lat historii kina, więc pewnie będzie wszystko w miarę ok, a zarazem nic rewelacyjnego. Jednak trochę się pomyliłem, było lepiej. Fabuła nie ma w sobie nic nadzwyczajnego, jednak podejście do tematyki gangsterskiej jest nad wyraz dojrzałe. Może nawet bardziej niż w przypadku nie których nowych produkcji. Całość podana w ciekawy sposób. Nie zabraknie pięknych kobiet, strzelanin, zabawnych sytuacji oraz refleksji jaka powinna przyjść z zakończeniem seansu.

Reżyseria: William A. Wellman
Scenariusz:
Kubec Glasmon, John Bright
Data premiery(świat): 1931
Gatunek: Gangsterski
W rolach głównych:

James Cagney: Tom Powers
Jean Harlow: Gwen Allen

Film opowiada o czasach prohibicji. Dla mnie jest to istny zapis kulturowo, historyczny - produkcja 1931! Można przenieść się na chwile w przeszłość. W The Public Enemy nie zabraknie odrobiny humoru, który jest na naprawdę dobrym poziomie. Jest kilka takich momentów, które mnie rozbawiło. Zawsze dodaje to trochę życia, bo pamiętam jak oglądałem Wrogów Publicznych z Deppem to po prostu byłem znużony. Oba filmy swoją drogą mają nie wiele wspólnego, jeśli w ogóle cokolwiek mają.
Wstępna analizę mamy już za sobą, teraz można zastanowić się nad porównaniem The Public Enemy do pozostałych wyśmienitych produkcji gangsterskich. Z Ojcem Chrzestnym poza gatunkiem, film William A. Wellman ma mało wspólnego. Relacje między bohaterami nie opierają się na fikcyjnych motywach rodzin mafijnych, jak w arcydziele Coppoli. Klimatem odbiega znacznie od Nietykalnych, nie mówiąc już o Dawno Temu w Ameryce. We Wrogu Publicznym gangsterzy to zwykli ludzie. Za młodu kombinatorzy, a później biznesmeni - działający wbrew prawu. Takie podejście do tematu, wydaje się najbardziej rzeczywistym odzwierciedleniem tamtych czasów.

To co można by zarzucić filmowi to czas jego trwania, 83 minuty to dość mało. Jednak myślę, że twórcy ładnie wyrobili się w tym czasie. Tak naprawdę, nie mam większych zastrzeżeniem. Zakończenie było trochę dziwne, ale wówczas zapewne musiało takie być. Film był oparty na noweli, a część postaci to rzeczywiście istniejący ludzie. W Public Enemy kibicuje się "tym złym", tylko czy ma się racje?

The Public Enemy zajmuję 8 miejsce w kategorii gangster dla najlepszych amerykańskich filmów wszech czasów.

Plusy:
- dobre przedstawienie świata gangsterskiego
- 1931 rok daję rade

Minusy:
- mógłby być dłuższy, ale widocznie nie mógłby

Ocena: 7/10
- dobry
Czytaj dalej...

piątek, 20 sierpnia 2010

Little Caesar - recenzja

Film Mervyna Leroya (producent i reżyser The Wizard of Oz, 1939), na podstawie powieści W. R. Burnetta. Pierwsza amerykańska produkcja udźwiękowiona o tematyce gangsterskiej. Pokłony dla wikipedii, Polaków którzy dodają informacje - Little Ceasar jest opisany w 6 językach, w tym w naszym rodzimym. Niestety tylko jedno zdanie, jednak cieszę się, że ktoś o nim pomyślał. "Mały Cezar" jak na prekursora w swojej klasie jest bardzo dobry, poza tym jest taki sobie,. Nie jest to kino dojrzałe(mam wymagania). City Lights - produkcja z tego samego roku. Tak, gatunek jest zupełnie inny, jednak część merytoryczna o wiele przewyższa Little Caesar.

Reżyseria: Mervyn LeRoy
Scenariusz:
Robert Lord, Darryl F. Zanuck i inni
Data premiery(świat): 1931
Gatunek: Gangsterski
W rolach głównych:

Edward G. Robinson: Mały Cezar aka 'Rico'
Douglas Fairbanks: Jr.Joe Massara

Tytułowy bohater to człowiek z ambicjami zostania największym gangsterem. Wyrusza wraz z swoim przyjacielem do dużego miasta, aby spełnić swoje cele. Muszę pochwalić Edward G. Robinson grającego Małego Cezara, bo naprawdę nieźle wczuł się w role. Właściwie on był tą postacią.
Ze strony technicznej. Mimo wczesnych lat, dźwięk jest w porządku, ogląda się zupełnie normalnie. Fabuła, czyli lewa noga filmu. Raczej brak wad, zalet jeszcze mniej. Kariera naszego głównego bohatera jest w pewnych momentach zbyt naiwna. Relacje między bohaterami, są takie jakie wyobrażalibyśmy sobie na etapie przedszkolnym. Na szczęście jest to sporadyczne. Z zalet podoba mi się wątek przyjaźni, jest zrobiony na bardzo dobrym poziomie. Jeszcze dodam. Ogólnym zaskoczeniem, był brak zaskoczenia. Już tak z przyzwyczajenia, zastanawiam się nad zakończeniem filmu. "Little Caesar" nie pokazał mi niestety nic nowego.

Scena w której gangster idzie ulicą, przejeżdża samochód i zaczyna do niego strzelać. Klasyka, tak jak ta produkcja. Można obejrzeć, jest krótka(79 minut) i dobrze się ogląda. Jest to film prosty, łatwy w odbiorze. Coś w sam raz, gdy chcemy poznać wielkie kino, a jesteśmy po 12 godzinach pracy.

Mały Cezar zajmuję 9 miejsce w kategorii gangster dla najlepszych amerykańskich filmów wszech czasów.

Plusy:
- to nie jest niemy film
- rola głównego bohatera

Minusy:
- współcześnie nie tak dobry

Ocena: 6/10
- niezły
Czytaj dalej...

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Niezniszczalni - przedpremierowe wieści

20 sierpnia, czyli za 4 dni odbędzie się premiera filmu "The Expendables" w którym zagra dużo aktorów - "mięśniaków". Zobaczymy: Sylvestra Stallone, Jason Statham'a, Jet'a Li, Dolpha Lundgrena, Mickeya Rourke i innych. To zapewne wielu interesujących się tematem już wie.

W Ameryce premiera miała miejsce 3 sierpnia, więc spokojnie można wyszukać opinii na temat tego filmu. I tak czytamy:

The amount of ammo wasted, and the body count at the end of the film is insane! themovieblog.com

Również na tej stronie. Recenzent ocenił film na 7,5 punktów w skali do 10. Zarzuca filmowi nie ścisłości w fabule, a z pozytywów zachwyca się grającymi tam aktorami. Nic tylko obejrzeć trailer, no i ewentualnie przejść się aby zobaczyć Rambo znowu w akcji :).
Jeszcze dodam informacje z Filmwebu. Serwis podaje, że w pierwszy weekend "Niezniszczalni" zarobili w USA 35 mln dolarów i zajęli pierwsze miejsce w Box Office.

Czytaj dalej...

piątek, 13 sierpnia 2010

Bez Przebaczenia - recenzja

Clint Eastwood aktorem i reżyserem. Czego możemy się spodziewać po westernie w jego wykonaniu? Daruję sobie przytaczanie filmów w których grał, jest ich wiele. Wszyscy wiemy, że zapisał się już na dobre w kinematografii. Wypadałoby oczekiwać od niego porządnego kina, ciekawych postaci i wciągającej historii. Unforgiven (z ang.) prócz tych cech jest obrazem mocnym, chwilami brutalnym. Pewne jest to, że przyjdzie nam obejrzeć porządnie zrobiony obraz o cowboyach w wyśmienitej obsadzie aktorskiej.

Reżyseria: Clint Eastwood
Scenariusz:
David Webb Peoples
Data premiery(świat): 1992
Gatunek: Western
W rolach głównych:

Clint Eastwood: William 'Bill' Munny
Gene Hackman: Little Bill Daggett
Morgan Freeman: Ned Logan

William Munny (Clint E.) to emerytowany morderca. Prowadzi własne gospodarstwo i wychowuje dwójkę dzieci. Pewnego dnia przychodzi do niego młody chłopak, proponując mu udział w zabiciu sprawców napadu na prostytutkę. W filmie jest sporo motywów dających do myślenia. Czy słusznie postępują ci ludzie? Moralność i sprawiedliwość to dwie rzeczy, które w "Bez przebaczania" są na każdym kroku. Prócz Eastwooda zobaczymy Gene'a Hackmana jako Małego Billa. W małym miasteczku to on wyznacza prawo, ochrania je i wyznacza zasady - o czym przekonamy się już w pierwszych minutach. Obydwaj panowie grają główne role, a ich postacie są bardzo wyraziste. W tym filmie trudno doszukać "dobrych", tu każdy ma coś na sumieniu. Kolejnym wielkim aktorem w "Unforgiven" jest Morgan Freeman. Dobrze wcielił się w charakter, ale przy Eastwoodzie i Hackmanie pozostaje raczej w cieniu. Nie brakuje również elementów komediowych. Chociaż nie zobaczymy wielu zabawnych momentów, to nadają one specyficzny wyraz. Jak to w życiu, poważne sytuacje nie raz ciągną za sobą coś śmiesznego.

Oglądając "Bez Przebaczania" nie byłem zawiedziony, na samym początku, w środku oraz zakończenie mnie usatysfakcjonowało. Jest to świetny western z doborową obsadą. Trudno mówić o przesycie, wszystkiego jest po trochu. Trzeba się przygotować, a może i bez tego też się da? Clint Eastwood jest tutaj staruszkiem, zajęcie którym się zajmuję to prowadzenie gospodarstwa. Czy da rade nowemu wyzwaniu? Wiadomo że tak, ale finał może okazać się zaskakujący.

Bez Przebaczenia zajmuję 4 miejsce w kategorii western dla najlepszych amerykańskich filmów wszech czasów.

Plusy:
- mocne kino
- doborowa obsada aktorska
- plakat :)

Minusy:
- no jakie?

Ocena: 8/10
- bardzo dobry

photo:http://oscahfevah.tumblr.com/
Czytaj dalej...

piątek, 6 sierpnia 2010

Invasion of the Body Snatchers - recenzja

Jak na kino science fiction z lat 50tych, Invasion of the Body Snatchers trzymają poziom. Efekty są wcale nie najgorsze, fabuła jest w miarę sensowna, a główni bohaterowie posługują się swoim rozumem. Jednak czy ten film ma naprawdę nam coś fajnego do zaoferowania? Osobiście, od początku miałem wrażenie, że nie zobaczę nic nowego. Trudno się dziwić, skoro już minęło ponad pół wieku. Chociaż kinoman wie - stary film potrafi zaskoczyć. Inwazja porywaczy ciał niestety nie. Body Snatchers nie zafascynowało mnie zupełnie, tytuł bez czytania opisu zdradza główny wątek. Produkcje oglądnąłem, nie jest zbyt ciekawa, jednak uważam, że to dobre kino.


Reżyseria: Don Siegel
Scenariusz:
Richard Collins, Daniel Mainwaring, Sam Peckinpah
Data premiery(świat): 1956
Gatunek: Horror, Science Fiction
W rolach głównych:
Kenneth Patterson: Stanley Driscoll
Virginia Christine: Wilma Lentz


We wstępie za bardzo nie mogłem połapać się o co chodzi. Cały czas ktoś się pojawia, potem wychodzi i do końca nie wiadomo było co się dzieje. Po pewnym czasie jednak wszystko staje się jasne. Napięcie jakie wywołuje ten film, na pewno było większe w czasach kiedy była premiera. Teraz też jakieś jest, na pewno mniejsze ale nie jest to usypiacz. Film opowiada o zachowaniu się ludzi w obliczu wielkiego nieznanego zagrożenia. Body Snatchers ma pewne nie dociągnięcia, ale ogólnie wszystko jest dobrze ze sobą powiązane. Przyjdzie nam obejrzeć podróż, jaką główny bohater musi odbyć w czasie tych dziwnych wydarzeń. Jak już pisałem, sposób zachowywania postaci jest dobry. Widząc niebezpieczeństwo reagują jak dorośli ludzie, a nie jak to czasem w filmach bywa w sposób zupełnie absurdalny - rażący widza.Efekty specjalne, pamiętajmy to rok 1956. Jest całkiem ok, nie powinny nas razić, a jeśli będziemy trochę wyrozumiali to dojdziemy do wniosku, że jak na takie warunki to są bardzo dobre.


Ogólnie rzecz biorąc, czy jest to produkcja o czymś więcej, niż tylko w miarę oryginalnym spotkaniem z obcą cywilizacją? Nie sądzę. Żadnej ponadczasowości dla mnie w tym nie ma, jedynie porządnie zrobione kino odległych lat. Cieszy mnie jego dojrzałość, której i teraz wielu produkcją brakuję. Nie wiem czy trochę bardziej nie podobało mi się „The day earth stood still” (ta wersja z 50 roku). Nie żałuje poświęconego czasu temu tytułowi, ale nie poleciałbym go tym, którzy chcieli by rozpocząć swoją przygodę z klasycznym kinem.

Inwazja Porywaczy Ciał zajmuję 9 miejsce w kategorii science fiction dla najlepszych amerykańskich filmów wszech czasów.

Plusy:
- świetne jak na swoje czasy
- solidnie nakręcone

Minusy:
- kosmici i co z tego?

Ocena: 6/10
- niezły
Czytaj dalej...

piątek, 30 lipca 2010

Cat Ballou - recenzja

Czas na pierwszą negatywną recenzje dla klasycznego amerykańskiego filmu. Mowa o westernie, jeśli można to tak nazwać. Tak na marginesie to lubię ten gatunek. Kasia Ballou jest główną bohaterką, Jane Fonda bardzo dobrze wczuła się w role i zagrała na pięć w skali szkolnej. Z plusów to raczej tyle. No dobra, coś tam jeszcze się znajdzie, ale forma jaką reprezentuję ten film jest beznadziejna, a treść nie jest niczym szczególnym. Jest to kino w którym jest dużo śpiewania, bardzo skoczne dosłownie i w przenośni. W pewnych momentach oglądania miałem przez chwilę wrażenie, że oglądam "Króla Lwa" i Pumba z tym drugim małym śpiewają piosenkę, litości!

Reżyseria: Elliot Silverstein
Scenariusz:
Frank Pierson, Walter Newman
Data premiery: 24 czerwiec 1965
Gatunek: Western
W rolach głównych:

Jane Fonda: Kasia Ballou
Lee Marvin: Shelleen-Strawn

Do "The Lion King" ja nie mam nic przeciwko, jeśli chodzi o bajki to bardzo fajna produkcja. W tym jednak wypadku, jesteśmy przy westernie. Tu zaczynają się schody, dla mnie Cat Ballou byłoby bardzo fajne. Pod warunkiem, że miałbym 12 lat. Występuje tam "ten zły", ma metalowy nos (dosłownie) to najprawdopodobniej takie nawiązanie do Inspektora Gadżeta - tam mieliśmy tego niedobrego ze stalową ręką. Gdy Kasia spotyka antybohatera, jej pierwsze spostrzeżenie to "Ojejku, jaki on ma nos". A jakie to ma znaczenie?
Co jakiś czas w filmie, towarzyszą nam wstawki muzyczne. Sam pomysł na takie coś jest całkiem dobry. To co jeszcze zaliczyłbym do pozytywnych cech, to postać Shelleen-Strawn'a udanie zagrana przez Lee Marvin'a. Były rewolwerowiec, pijak który pomaga głównej bohaterce w jej misji. O całej fabule nie można powiedzieć, że jest głupia. Ma w sobie z pewnością walory edukacyjne, walka w imię dobra, przeciwko nie sprawiedliwości. Osobiście jednak wole bardziej poważnie podejście do tego typu tematów.

Kasia Ballou to dziewczyna zafascynowana tzw "niegrzecznymi chłopcami". Faye Dunaway swego czasu też to interesowało. Mam na myśli role w "Bonnie & Clyde", tysiąc razy bardziej ten motyw jest dla mnie bardziej przystępny w tym ostatnim.
Komuś ten film może się podobać, jest to popatrzenie na western z przymrużeniem oka - ono jest niemal zamknięte. Nie bawi mnie oglądanie bijatyki w barze, która wygląda jak taniec. Z pewnym wyjątkiem, że całość musiałaby być porywająca. W wypadku Cat Ballou tak nie jest.

Cat Ballou zajmuję 10 miejsce w kategorii western dla najlepszych amerykańskich filmów wszech czasów.

Plusy:
- dobrze zagrane postacie Lee Marvina i Jane Fondy

Minusy:
- prawie jak bollywood

Ocena: 4/10
- Poniżej oczekiwań
Czytaj dalej...
 
Blogofilmach.pl Copyright © 2009
WoodMag is Designed by Ipietoon for Free Blogger Template.